Ewa Solarz: Dizajn, sztuka? Dzieci nie definiują, dzieci odbierają

Czas na kolejny wywiad! Tym razem moją rozmówczynią jest Ewa Solarz – autorka świetnych projektów tworzonych z myślą o najmłodszych odbiorcach: książek o designie i sztuce współczesnej oraz wystaw. Przygotowywana przez nią wystawa „Peekaboo” czyli „A kuku”, poświęcona książkom dla dzieci, została zaprezentowana w BWA Dizajn we Wrocławiu oraz w Culture House w Reykjaviku; teraz gościć będzie w Gdyni (więcej – na końcu posta). Wystawa „Wszystko widzę jako sztukę”, prezentowana w warszawskiej Zachęcie, spotkała się z niezwykle pozytywnym odbiorem, a ekspozycja „Elementarz Polskiego Dizajnu” – związana z książką o tym samym tytule – była niedawno prezentowana w Bukareszcie. Swoimi działaniami, w które angażuje duże grono ilustratorów i artystów, Ewa pomaga zrozumieć dizajn, a sztukę współczesną czyni przystępną i dostępną dla wszystkich.

Z pomysłami Ewy zetknęłam się już jakiś czas temu, obcując z jej książkami i obserwując jej inicjatywy. Z samą Ewą – podczas spotkania „Jak rozmawiać z dziećmi o sztuce współczesnej” w galerii BWA Zielona Góra. Tam, jako jedna z prelegentów, o swoich projektach związanych ze sztuką współczesną opowiadała ciepło, bezpretensjonalnie i z humorem, a przy tym – naprawdę intrygująco. Dlatego tym milej przedstawić mi Wam Ewę, a tych z Was, którym przedstawiać jej nie trzeba – zaprosić do przeczytania naszej wspólnej rozmowy.

Z wykształcenia jesteś historykiem sztuki. Na swojej drodze zawodowej zainteresowałaś się dizajnem. Co sprawiło, że dizajn stał się Tobie bliski i że zdecydowałaś się nim zająć?

Przypadek. :) Urządziliśmy z moim ówczesnym chłopakiem, a obecnym mężem, mieszkanie, które pokazano w magazynie „Dom i wnętrza”. Zaprzyjaźniłam się z ludźmi z tego magazynu i rozpoczęła się moja współpraca z nimi. Potem zostałam zaproszona do współpracy przez Wydawnictwo Dwie Siostry (Ewa była autorką tekstu do książki D.E.S.I.G.N., zilustrowanej przez Aleksandrę i Daniela Mizielińskich – przyp.) i tak z kolei zaczęłam realizować projekty skierowane do dzieci.

Czym jest dla Ciebie edukacja wizualna? Jakie ma znaczenie?

Moim zdaniem to coś, czego Polakom brakuje – czego nie dostajemy w szkole, a jest bardzo potrzebne. Także to, czym się otaczamy i co podoba się Polakom pokazuje, że ten obszar wciąż wymaga pracy. I ja czuję wielką potrzebę pracy nad tym, jako człowiek, choć jednocześnie uważam, że instytucje powinny się tym zająć. Obserwuję jaki jest poziom podręczników do plastyki, warsztatów w domach kultury i zastanawiam się czy nauczyciele i pedagodzy są dobrze kształceni w tym kierunku. Efekt jest często taki, że dzieci muszą robić „jak pan/i powie”, inaczej przynoszą do domu złe stopnie.

Znasz jakiś przykład?

Mamy w domu taką historię z szarugą. Mój syn w ramach zadania szkolnego miał namalować szarugę i, jak się okazało, wyobraził ją sobie zupełnie inaczej niż pani od plastyki – zamalował całą kartkę na czarno. Pani uznała, że to nie jest szaruga i dostał jedynkę. Powiedziałam pani nauczycielce, że mój syn ma prawo wyobrażać sobie szarugę w taki właśnie sposób, po swojemu – odparła, że nie, nie może i że według niej szaruga powinna wyglądać inaczej.

A co stanowiło największe wyzwania na początku Twojej pracy z tworzeniem projektów dla najmłodszych odbiorców?

Nawiązując do tego, o czym mówiłyśmy wcześniej – rozmawiałyśmy z Zosią Dubowską-Grynberg, która jest odpowiedzialna za edukację w Zachęcie oraz z panią psycholog Ulą Malko. Na podstawie naszych rozmów przygotowałam dwuczęściowy „dekalog”. Pierwsza część mówiła o tym, jak w dziećmi rozmawiać o sztuce i jak przygotowywać się do wyjścia do muzeum, a druga – o tym jak w trakcie warsztatów reagować na dziecięcą twórczość (dekalog jest dostępny w sieci; link na końcu posta).

Dzięki temu zobaczyłam, jakie błędy sama kiedyś popełniałam, także uczestnicząc w warsztatach jako rodzic. Na przykład, że nie należy wyznaczać dziecku drogi, mówić, co ma jeszcze dorysować gdy samo uznaje, że praca jest skończona. Wyzwaniem dla samych prowadzących jest też akceptacja tego, że nie muszą koniecznie realizować w stu procentach tego, co sami sobie założyli. Z kolei rodzice, na warsztatach, zwłaszcza w muzeach, często chcą się trochę „popisać” mówiąc dziecku, co ma gdzie narysować – „tu jest trochę krzywo, to ja już dokończę sam/a”… Tymczasem ważne żeby dziecko było podmiotem, mogło iść swoją ścieżką. Sam projekt nie powinien być ważniejszy niż ono. Ważnym elementem jest też radość z podążania za dziećmi. One często zaskakują nas swoją kreatywnością.

W przypadku książek Ilustrowany elementarz dizajnu i Ilustrowany elementarz polskiego dizajnu pracowałaś z grupą ilustratorów, a przy książce towarzyszącej wystawie w Zachęcie Wszystko widzę jako sztukę z jednym twórcą, Robertem Czajką. Czy łatwiej się pracuje z grupą, czy z jedną osobą? I co stanowi wyzwanie w obu przypadkach?

Wbrew pozorom dużo łatwiej pracuje się z grupą dwudziestu pięciu osób, którym daje się wolną rękę. Najpierw pracowaliśmy nad Ilustrowanym elementarzem dizajnu, potem nad Ilustrowanym elementarzem polskiego dizajnu i w obu przypadkach dostawałam od ilustratorów to, co sami proponowali. Nie zdarzyło mi się tu właściwie powiedzieć, że coś jest nie tak. Z reguły byłam naprawdę zadowolona z tego, co dostaję i nawet jeśli w pierwszej chwili myślałam, że oczekiwałam czegoś innego, potem okazywało się, że na końcu proponowane rozwiązanie było najlepsze. Była to bardzo przyjemna współpraca. Zdobyłam zaufanie ilustratorów – ceniłam to tym bardziej, że nie znali mnie gdy dzwoniłam do nich pierwszy raz, nie byłam wtedy „znaną postacią ze środowiska”. To były początki, a z wieloma z nich współpracujemy i przyjaźnimy się do dziś.

Czy dzieci współcześnie lepiej odnajdują się w obszarze designu czy sztuki? W czym są bardziej rozeznane?

Chyba bym tego nie rozgraniczała, dzieci nie definiują, a raczej naturalnie odbierają. Można opowiadać o tym i o tym, jeśli tylko zrobi się to umiejętnie. To też kwestia świadomości i gust – z którymi, niestety, często nie jest najlepiej, szczególnie w przypadku już ukształtowanych, dorosłych odbiorców. Dzieci w wielu przypadkach są jednak bardziej otwarte.

No właśnie – czy myślisz, że design i sztukę w ogóle powinno się tak do końca rozgraniczać w trakcie edukacji? A jeśli tak, to w jakich kontekstach?

Design jest użytkowy, sztukę spotyka się na co dzień. Ze sztuką dzieci nie obcują codziennie – chyba, że oglądając np. albumy. Z dizajnem – chcąc nie chcąc, tym dobrym, jak i tym złym – spotykamy się codziennie.

Pomówmy jeszcze trochę o samej wystawie „Wszystko widzę jako sztukę” w warszawskiej Zachęcie. Wystawa pokazuje istotne zjawiska i prace twórców mocno zapisanych w polskiej sztuce współczesnej, jednak w mniej typowy sposób niż czyni się w przypadku wielu wystaw – bardziej interaktywny, angażujący uczestników. Do galerii wchodzą dzieci i dorośli. Widzą gigantyczne poduchy-ziemniaki, otwory, schodki, zakamarki… Jak reagują młodsi, a jak starsi odbiorcy?

W Warszawie to dorośli byli „rozpasani” bardziej niż dzieci! :) Schodki, które z założenia miały pozwolić na oglądanie pracy Ryszarda Winiarskiego z bezpiecznego dystansu, dzieciom uniemożliwiały sięgnięcie do eksponatu, ale już dorośli nie mieli z tym problemu – z czego chętnie korzystali. Wyobraź sobie, że zachęceni tym, że „wszystko można”, chcieli dotykać Winiarskiego! :) Dzieci czuły szacunek do tego, co wokół. Ale może na sam wernisaż i na wystawę trafili też odważniejsi, bardzie ośmieleni dorośli?

Dystans i niepewność wobec sztuki czuję za to w rozmowach – tu często padają, na przykład, stwierdzenia „nie znam się” lub „nie interesuję się”, „nie będę wiedział/a jak się zachować”… Kiedyś gościłam w radiu u pana, który sprawiał wrażenie mocno rozeznanego w kwestiach stuki, ale ostatecznie sam przyznał, że on właściwie sztuki współczesnej za bardzo nie czuje, ale na wystawę może wybierze się z dzieckiem. A Julita Wójcik, która w galerii obierała ziemniaki w ramach swojej akcji artystycznej w Zachęcie, w 2001 roku (stąd gigantyczne poduchy-ziemniaki w galerii, nawiązujące do jej twórczości – przyp.) opowiadała, jak rodzice wchodzący do pomieszczenia czuli się onieśmieleni i zakłopotani, nie wiedzieli o co chodzi i „na przeszpiegi” wysyłali swoje dzieci. Gdy zobaczyli, że wszystko jest ok, sami podchodzili, nawet pomagali obierać… Ale to było już kilkanaście lat temu, może od tego czasu też dorośli odbiorcy bardziej nabrali odwagi.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że „Najgorsza recenzja jest wtedy gdy dziecko mówi, że się nudzi.” O co najlepiej, Twoim zdaniem, zadbać żeby uniknąć takiej recenzji? Co dzieci, goszczące na wystawie, zaskakuje najbardziej?

Najlepiej dbać o pamiętanie o potrzebach dziecka. Gdy patrzę na dziecięcą aktywność, potrafię ocenić, co może im się spodobać i co mi by się spodobało, jako dziecku. Wydaje mi się, że wiem co działa, często też ufam swojej intuicji. Różne dzieci skupiają się też mocniej na różnych częściach wystawy – niektóre interesują się układaniem czarnych kwadratów przy Winiarskim i potrafią spędzić przy tym pół godziny, inne zajmuje wyklejanie niebieskich pasków nawiązujących do twórczości Edwarda Krasińskiego, jeszcze inne fascynują się toaletką Anety Grzeszykowskiej. Na każde dziecko działa inna aktywność i nie można liczyć na to, że każda z nich zainteresuje każdego uczestnika tak samo. Zdarzyło się, że jeden chłopiec, który przyszedł na wystawę z grupą szkolną, usiadł przy ścianie i zasnął. Ta nuda być może też jest potrzebna dzieciom, i to także ma prawo się zdarzyć – nie załamałam się z tego powodu. :))

Z Ewą Solarz spotkamy się ponownie już 6 lipca, na festiwalu Gdynia Design Days – w ramach tego wydarzenia Ewa, jako kuratorka, pokaże wystawę ilustracji „A kuku. Ilustrowane historie”, a my, wspólnie z Piotrem Czechem, także jako kuratorzy (i dwoje z 16 uczestników) – drugą edycję wystawy „Cross the b/order. Ilustracja bez granic”. Serdecznie Was zapraszam na oba wydarzenia oraz do uczestnictwa w pozostałych festiwalowych akcjach GDD. Więcej napiszę już niebawem, także tutaj!

 


A tymczasem zachęcam do przeczytania wspomnianego dekalogu, przygotowanego przez Ewę – warto! Klikajcie tutaj, by się z nim zapoznać, a także by dowiedzieć się więcej o samej wystawie „Wszystko widzę jako sztukę”.


Zdjęcia: Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, autor – Marek Krzyżanek (więcej – tutaj)

Related Posts

Leave a comment