Kamishibai – skrzynka pełna baśni

 

Mała drewniana skrzyneczka zwana butai, kształtem nawiązująca do teatralnej sceny. W niej – barwne obrazy, które są pretekstem do snucia opowieści, wstępem do historii i zaproszeniem dla wyobraźni do tego, by działać. Oto teatr kamishibai, mobilna forma, która wywodzi się z Japonii (jap. kami – papier, shibai – sztuka). Jego uniwersalność i możliwości, które daje sprawiają, że bez problemu przekroczył bariery czasowe (początki kamishibai sięgają XII wieku!) i językowe, i został doceniony także u nas, fascynując kolejne grona „bajkosłuchaczy”. W Warszawie tę formę opowiadania historii propagują m.in. Ania i Henryk Zagórscy z Małego Teatru Ilustracji, w Zielonej Górze – Kalina Patek (Bajeczki ze Skrzyneczki), a w Poznaniu – Ula Ziober ze Stowarzyszenia Zielona Grupa. Porozmawiałam z nimi o teatrze kamishibai, wartości, jaką dla nich stanowi, ich doświadczeniach, emocjach i warsztatach towarzyszących teatralnym podróżom, a także dalszych planach związanych z ilustrowanymi historiami. Jak się przekonacie, ich drogi i spostrzeżenia nierzadko przeplatają się, a to, co łączy ich w szczególności to potrzeba opowiadania o tym, co ważne, niepowtarzalne interakcje z młodą (i starszą) publicznością i… magia. :) A na czym ta magia polega? Poczytajcie i przekonajcie się, zapraszamy na spektakl!

Jak zaczęła się Wasza przygoda z kamishibai?

Ula: Opowiedziała mi o tym znajoma, z którą wtedy współpracowałam. Postanowiłyśmy napisać projekt cyklu warsztatów dla dzieci, w czasie których zamierzałyśmy wykorzystać kamishibai. Projekt ten został bardzo dobrze oceniony w konkursie wydziału kultury w Urzędzie Miasta Poznania. Dostałyśmy dotację i tak zaczęła się moja przygoda z kamishibai. Wtedy zilustrowałam 3 pierwsze bajki, które teraz są częścią naszego cyklu „Bajki świata”. Oparte są na tradycyjnych podaniach i legendach z różnych kręgów kulturowych, a każdemu przedstawieniu towarzyszą warsztaty plastyczno-manualne.

Kalina: Moja przygoda zaczęła się w listopadzie 2015 r. od poznania Stowarzyszenia Zielona Grupa podczas konferencji „Sztuka w szkole. Konieczności, możliwości, potrzeby” organizowanej w zielonogórskiej galerii BWA. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Kamishibai i to była miłość od pierwszego wejrzenia. :) Postanowiłam kupić skrzynkę butai i dwie bajki. Wówczas powoli zaczynałam odwiedzać dzieci i „testować” ich pierwsze reakcje na ten magiczny teatr.

Ania: Na technikę Kamishibai natknęliśmy się w sieci, przy okazji zgłębiania tematu zagranicznej ilustracji dla dzieci. Teatr ilustracji zauroczył nas i postanowiliśmy spróbować swoich sił w tym temacie. To było jeszcze w czasie naszych studiów na Wydziale Sztuk Pięknych w Toruniu. Henryk studiował malarstwo, ja grafikę i edukację artystyczną, więc mi szczególnie mocno spodobała się w Kamishibai możliwość łączenia tworzenia ilustracji z pracą z dziećmi. Ruszał nabór na wnioski w ramach programu Mikrowsparcie, dzięki któremu można było uzyskać małą dotację na działanie kulturalne skierowane do mieszkańców miasta. Napisaliśmy wniosek i udało się – nasza pierwsze spektakle Kamishibai miały swoją premierę trzy lata temu. Weszłam w temat teatru ilustracji na tyle, że kilka miesięcy później kończąc Edukację Artystyczną swoim dyplomem artystycznym uczyniłam właśnie spektakl Kamishibai.

Czym dla Was jest kamishibai i co sprawia, że taki mały teatr jest wart uwagi?


Ula: Dla mnie kamishibai to wielka przygoda i wspaniała technika pracy z dziećmi ukryta w niepozornej, małej skrzynce. Najważniejsza w pracy z kamishibai jest dla mnie bliskość z słuchaczami i ta niesamowita atmosfera, która wytwarza się przede wszystkim między bezpośrednimi widzami, a osobą opowiadającą. Tego. moim zdaniem, często nie jest w stanie dać wielka scena teatralna, w której aktorzy oddzieleni są od widzów. Wszyscy lubimy słuchać opowieści, a dzieci są ich szczególnie złaknione. W przypadku kamishibai opowieść wzbogacona jest jeszcze ilustracjami, które spełniają w niej niezwykle ważną rolę. Ilustracja to nie tylko obrazek towarzyszący tekstowi – powinna być jego integralną częścią, uzupełniać tekst, a także rozbudzać wyobraźnię i dawać pole do własnych interpretacji.

Kalina: Kamishibai to chwila zatrzymania, skupienia – zarówno dla mnie jako dla prowadzącej, jak i dla moich odbiorców. Forma opowiadania tego typu sprzyja koncentracji, wyciszeniu i możliwości rozwijania wyobraźni. Nie jest przy tym pozbawiona emocji i żywego okazywania ich zarówno przez widzów jak i przeze mnie (zdarzyło mi się uronić łzę podczas opowiadania lub mówić przez ściśnięte gardło). Dzieci zazwyczaj głośno się śmieją, żywo reagują, klaszczą, odpowiadają na pytania oraz wyprzedzają czasem treści. Wchodzą w interakcje i mówią, co czują, co myślą. Nie zawsze są to pozytywne opinie, ale te rozmowy pozwalają uczyć tolerancji, wzajemnego szacunku i akceptacji odmiennych zdań; uczą też odwagi w ich wyrażaniu. Kamishibai zachęca też do czytania (jako odmienna forma czytelnictwa), pomaga zapoznać się z różnymi rodzajami ilustracji, oswoić się z opowiadaniem za pomocą obrazu. I wreszcie – to świetna metoda na „przemycanie” ważnych tematów, które nierzadko są trudne do przekazania w innej formie.


Ania i Henryk:
Teatr ilustracji ma w sobie magię! Wszyscy jesteśmy już chyba trochę znudzeni galopującą technologią, szukamy ucieczki od niej, odłączamy kable, wracamy do natury. Nikogo nie dziwią obrazy zmieniające się w szalonym tempie na ekranach komputera, telewizora, efekty specjalne w filmach. Nasze widowisko jest „slow”, przez to wyróżnia się i jest wyjątkowe. Dzieci doceniają to, że podczas spektaklu jesteśmy z nimi i dla nich, poświęcamy im czas, uwagę. Zadając pytania, rozmawiając z nami współtworzą przedstawienie. Bardzo cenne w tworzeniu Małego Teatru Ilustracji dla nas jest to, że możemy obserwować żywe reakcje małych – ale zawsze szczerych widzów na to, co dla nich przygotowujemy. Wiele się przy tym można nauczyć, rozmawiając z dziećmi o tym co podobało im się w spektaklu, co było niezrozumiałe.

Gdzie występowaliście z teatrzykiem do tej pory? Z jakimi miejscami współpracujecie?

Ula: Przez ostatnie 3 lata jeździłam z naszymi przedstawieniami po całej Polsce. Występowałam na kilku festiwalach podróżniczych np. 3 Żywioły w Krakowie i Na Szagę w Poznaniu. Na co dzień współpracuję z Domami Kultury, Bibliotekami, ale także szkołami i przedszkolami. W ramach Rowerowego Domu Kultury, z którym objechałam Polskę dookoła miałam okazję pokazywać jedno z naszych przedstawień w wielu przygranicznych miejscowościach. Bardzo lubię wracać do tych samych miejsc, bo dzieci, które już znają kamishibai zawsze bardzo entuzjastycznie mnie przyjmują.

Kalina: Występowałam w różnych miejscach, były to przede wszystkim przedszkola i szkoły podstawowe oraz ośrodki kultury w różnych miejscowościach i województwach. Ale był to także plener, np. podczas Międzynarodowego Festiwalu Folkloru OBLICZA TRADYCJI czy Święta Województwa Lubuskiego. Z bajkami byłam też w Muzeum Ziemi Wschowskiej oraz gościł mnie Lubuski Teatr w Zielonej Górze. Każde spotkanie to święto, niezapomniane spotkanie z widzami. Każde jest inne, edukacyjne także dla mnie.

Ania i Henryk: Działamy głównie na terenie Warszawy, jednak wypuszczamy się też czasami gdzieś dalej, w Polskę. Wśród miejsc które odwiedziliśmy szczególnie zapadło nam w pamięć spotkanie z dziećmi z ośrodka dla cudzoziemców ubiegających się o nadanie statusu uchodźcy w Grupie koło Grudziądza. Oprócz tego bardzo podobała nam się forma naszego objazdowego grania podczas festiwalu Teatralna Maszyna Pszczyna. Dobrze zapamiętałam także nasz występ w Domu Kultury Śródmieście, ponieważ tam doświadczyliśmy gry na prawdziwej scenie, z oświetleniem – było to bardzo ciekawe, jednak wiemy już, że wolimy bezpośredni kontakt z widownią. Miło grało się nam w Muzeum Etnograficznym w Warszawie, Czytelni CSW w Toruniu, jednak równie bardzo lubimy odwiedzać biblioteki, szkoły czy przedszkola. W sezonie letnio-wiosennym lubimy grać w plenerze, pod chmurką.

Co jest, według Was, największym wyzwaniem w pracy z kamishibai i publicznością?

Ula: Przed każdym przedstawieniem czuję pewną tremę. Czy uda mi się zaciekawić widzów, czy wciągnie ich historia i moja narracja? Każda grupa jest nieco inna, więc każde przedstawienie to w pewnym sensie improwizacja. Największym wyzwaniem jest jednak zawsze tworzenie nowych opowieści. Dla mnie jako osoby piszącej teksty i ilustrującej to zawsze wielka odpowiedzialność. Staram się, by moje opowieści były nie tylko rozrywką, ale przede wszystkim, aby miały walor edukacyjny oraz by rozwijały wrażliwość u dzieci i poruszały ważne, choć czasem trudne tematy. Stąd np. historia kota Kunkusha poświęcona uchodźcom, czy „Wojenne dzieci”, które opowiadają o losach Polaków zesłanych w czasie II wojny światowej na Syberię.

Kalina: W obecnym czasie trudno bywa tylko na początku, kiedy zdarzą się oporni widzowie i są znudzeni, niezainteresowani, od razu negatywnie nastawieni. Często trwa to tylko chwilę, dopóki opowieść się nie rozwinie…


Ania i Henryk:
Najważniejsza chyba jest umiejętność trafienia z przekazem do odbiorcy, to w jaki sposób opowiadamy nasze historie, czy potrafimy zainteresować, oczarować widzów. To też było dla nas najtrudniejsze na samym początku. Okazało się bowiem, że stworzenie dobrych ilustracji to dopiero połowa sukcesu – równie ważne jest to, jak się te ilustracje „sprzeda” podczas spektaklu. Widownie bywają przeróżne, czasami wystarczy jedno niesforne dziecko, które ma ochotę robić wszystko na przekór i przeszkadza nam oraz reszcie dzieci. Mamy już jednak swoje patenty na takich „gagatków”. ;) Doświadczenie jakie zdobywamy podczas każdych kolejnych warsztatów sprawia, że coraz lepiej sobie radzimy w rozmaitych sytuacjach. Świetnie sprawdza się podczas naszych warsztatów marimba, na której gra Henryk. Jej dźwięki tworzą niesamowity klimat, przenosząc nas wszystkich w inny świat, hipnotyzują widownię, co także pomaga w podtrzymaniu uwagi widzów.

 


Jakie (przykładowe) warsztaty towarzyszą Waszym teatralnym pokazom?

Ania i Henryk: Najczęściej warsztaty są u nas tylko uzupełnieniem, podsumowaniem spektaklu, więc są to proste zadania rozwijające wyobraźnię. Lubimy tworzyć z dziećmi wspólne rysunki na papierze z rolki – projektujemy razem kocie miasta, osiedla ze słodyczy, zasiedlamy rzeki Utopcami, itp, itd. Ja lubię warsztat do wiersza Juliana Tuwima pt. „Spóźniony Słowik” – jest on bardziej rozbudowany – tworzymy podczas niego wymyślne dania które zaserwować ma swojej żonie Pan Słowik w ramach przeprosin za swoje spóźnienie. Podczas warsztatów wykorzystujemy często także nasze wielkoformatowe puzzle stworzone do konkretnych spektakli, gry memory, kolorowanki.


Ula: Cyklowi „Bajki świata” towarzyszą warsztaty plastyczne, które związane są z daną bajką i kręgiem kulturowym. Np. w przypadku bajki aborygeńskiej robimy kije deszczowe, po bajce arabskiej o księciu Husajnie i latającym dywanie – tkamy dywany na miniaturowych krosnach, a bajce japońskiej towarzyszy składanie origami. Kolejny cykl to „Znani/nieznani”, który poświęcony jest ciekawym, ale zapomnianym Polakom. Jan Czochralski był chemikiem, więc po przedstawieniu przeprowadzamy różne „wybuchowe” eksperymenty chemiczne. Jan Szczepanik był konstruktorem i prekursorem kolorowej fotografii, więc budujemy camery obscura. Niektórym przedstawieniom takim jak np. Kunkush nie towarzyszą konkretne warsztaty plastyczne, ale np. pogłębiona rozmowa. Mamy też dwa długie przedstawienia „Wojenne dzieci” i „Listy z Afryki”, w czasie których używamy nie tylko butai, ale dodatkowych rekwizytów i scenografii ukrytych w naszej „magicznej szafie”, jak nazywają ją często dzieci.

Kalina: Każda bajka to inny warsztat plastyczny/ manualny, ale powiązany temtycznie, np. do Bajki indiańskiej robimy łapacze snówa, a do opowieści o pilocie Hausnerze samoloty z rolek po papierze toaletowym. Staram się, aby poprzez te warsztaty edukować dzieci w obranym temacie, żeby to była wartość dodana.

 
Skąd czerpiecie plansze/ilustracje do swojego teatru?

Kalina: Książki kamishibai kupuję w wydawnictwach, które zajmują się tym i tworzą coraz to nowsze opowieści.

Ula: Prawie wszystkie są mojego autorstwa. Prowadzę Stowarzyszenie Zielona Grupa, które zajmuje się nie tylko promocją kamishibai w Polsce, ale prowadzimy także własne wydawnictwo. Cały czas pracujemy nad poszerzaniem listy naszych tytułów. Od jakiegoś czasu można u nas wydać swoją własną bajkę. Wchodzimy we współpracę zarówno z ilustratorami (wynikiem jest np. „Bajka o królu kruków”, którą ilustrowała świetna Joanna Bartosik) oraz autorami tekstów (wkrótce ukaże się „Tajemnica monokryształu” napisana przez Annę Czerwińską-Rydel, znaną autorkę książek dla młodzieży).

Ania i Henryk: Ilustracje tworzymy sami, jest to nasz  ulubiony element przygotowywania spektaklu. Pracujemy w różnych technikach. Kilka bajek zilustrowaliśmy eksperymentując z farbą w spreju i szablonami. Działaliśmy bezpośrednio na tekturach, których teraz używamy podczas spektakli – są to więc nasze jedyne egzemplarze, unikaty, które sporo już przeżyły, ale wydają się być nie do zdarcia. Ilustrujemy też cyfrowo, podklejając później wydrukowane ilustracje na tektury. Niektóre bajki ilustrujemy oddzielnie, zdarza się nam także wspólnie tworzyć ilustracje do jednego spektaklu – tak też powstała opowieść o historii teatru Kamishibai. Jest to dla nas największe wyzwanie, bo mamy różną wrażliwość wizualną, inne pomysły – ale gdy w końcu udaje nam się osiągnąć kompromis mamy dużą satysfakcję z tego, co powstaje.

 

Która z historii z Waszego repertuaru jest Waszą ulubioną i dlaczego? O czym opowiada?

Ula: Trudno jest mi wybrać jedną ulubioną opowieść, z każdą jestem bardzo emocjonalnie związana. Ale na pewno jedną z moich ulubionych są „Listy z Afryki”, czyli opowieść o Kazimierzu Nowaku – niezwykłym podróżniku, który w latach 30. XX wieku przejechał Afrykę wzdłuż i wszerz na rowerze. Ta postać towarzyszy mi już od wielu lat i bardzo się cieszę, że miałam wreszcie okazję, by opowiedzieć o nim dzieciom za pomocą ilustracji i słów. To coś więcej niż przygodowa opowieść dla najmłodszych – Kazimierz Nowak był nie tylko podróżnikiem, ale także bardzo wnikliwym i krytycznym obserwatorem rzeczywistości. W swoich relacjach nie ukrywał jak negatywnie nastawiony jest np. do kwestii kolonializmu, wykorzystywania mieszkańców Afryki przez białych, czy masowych polowań na zwierzęta afrykańskie. Te tematy również postanowiłam poruszyć w „Listach z Afryki”, bo uważam, że z dziećmi można rozmawiać na każdy temat. Trzeba tylko znaleźć do tego odpowiedni język.

Kalina: Bardzo lubię historię Orła, który myślał, że jest kogutem, ale nie dał się przekonać do pozostania w kurniku i spełnił swoje marzenia o lataniu. Ta opowieść pokazuje, że warto spełniać marzenia, słuchać swego serca i własnej intuicji. Bliska mojemu sercu jest też „Bajka o lubuskiem” – jestem jej pomysłodawczynią, zainicjowałam ten projekt w ramach mojej pracy w Regionalnym Centrum Animacji Kultury. To opowieść o tym, co się działo z naszymi ziemiami na przestrzeni wieków… To pierwsza taka bajka w Polsce i moja prawdziwa duma. ;) Nie jest krótka, ale też nie nudna, a ilustracje to rodzaj kameralnego obrazu, który pozostawia przestrzeń dla wyobraźni odbiorców.

Ania i Henryk: Ja (Ania) opowiadać lubię najbardziej historię „O tym, jak jeden Utopiec chciał się ożenić” – zupełnie mi się ona nie nudzi, choć opowiadałam ją już chyba ze sto razy! Tekst Gustawa Morcinka, mimo, że pisany prozą, jest bardzo melodyjny, dzięki czemu szybko zaczęłam recytować go z pamięci. Jeśli chodzi o warstwę plastyczną, to naszym wspólnym faworytem są ilustracje do fraszki Krasickiego, pt. „Czapla, ryby i rak” (to też ulubiony spektakl Henryka). Zawsze fascynują go reakcje dzieci na tę opowiastkę, bo historia Czapli jest dość tragiczna – ta pozycja to taki nasz „thriller” dla maluchów ;) Poza tym Henrykowi lepiej przygrywa się na marimbie do wierszowanych spektakli – całość wtedy jest bardziej rytmiczna, dynamiczna.

O czym najbardziej chcielibyście opowiedzieć za pośrednictwem kamishibai?

Ula: To bardzo trudne pytanie. Jest mnóstwo tematów, które chciałabym poruszyć w moich bajkach. Ciągle brakuje mi jednak czasu, żeby zrealizować wszystkie pomysły. Do końca tego roku mam już zaplanowane kilka opowieści. Dwie z nich to będą nowe bajki świata, a więc wrócę do początków mojej przygody z kamishibai, ale na razie nie zdradzę jakich kultur będą one dotyczyć. Niech to będzie niespodzianka. :) Ciągle marzy mi się druga część „Wojennych dzieci”, która tym razem byłaby poświęcona dzieciom i młodzieży z armii gen. Andersa. Chciałabym też przygotować opowieść, która uczyłaby dzieci empatii i sympatii w stosunku do zwierząt – nie tylko tych ślicznych i puchatych, ale także tych, które często kończą na naszych talerzach albo jako element naszej garderoby. Myślę, że właśnie empatia, a także tolerancja i umiejętność dialogu to wartości jakie chciałabym przekazywać w swoich opowieściach najbardziej. A kamishibai znakomicie mi w tym pomaga.


Ania i Henryk:
Teraz pracujemy nad przygodami kota Smołka, które wymyśla i spisuje dla nas nasz kolega. Smołek to bezpański kociak, którego perypetie będą poruszały w łagodny sposób wiele ważnych kwestii związanych ze współistnieniem ludzi i zwierząt, wzajemnym szacunkiem do siebie, odpowiedzialnością, dbaniem o zwierzaki, itp. Interesuje nas bardzo tematyka związana z legendami polskimi, opowieści o bohaterach z bestiariuszy słowiańskich. Lubimy „odkurzać” te stare historie, bo są według nas bardzo wartościowe i ciekawe. W związku z tą tematyką mamy także już pewne plany, ale nie będę na razie zapeszać.

Kalina: Chciałabym mówić o wartościach uniwersalnych, co jest niezwykle ważne w tych czasach. O szacunku, o akceptacji o rozumieniu drugiego człowieka. Chciałabym dodawać sił dzieciom, uczyć ich odwagi w spełnianiu marzeń i realizacji celów – żeby się nie bali iść po swoje, ale nie za wszelką cenę. Żeby kochali siebie i swoje życie. Po prostu.

_

Mały Teatr Ilustracji postanowił pójść o krok dalej i stworzyć książkową ilustrowaną publikację, formą przypominającą teatrzyk kamishibai. Postanowiłam, dodatkowo, wypytać ich także o ten projekt.
Skąd pomysł na realizację teatrzyku kamishibai w książkowej formie?

Ania i Henryk: Wymyśliliśmy Mały Teatrzyk, ponieważ uważamy, że poza sytuacjami warsztatowymi Kamishibai sprawdza się świetnie także w kameralnym, rodzinnym gronie. Jest to inna forma książki obrazkowej, której działanie opiera się na wspólnej zabawie dziecka z rodzicem – co uważamy za szczególnie ważną cechę Małego Teatrzyku. Ma on niewielki format, przez co jest poręczny. Wykonany jest z tektury ekologicznej, co daje stosunkowo niskie koszty produkcji. Przez to, że jest to książko–teatrzyk inaczej wygląda używanie go. Dzieci obserwują ciągle ilustrację która znajduje się w okienku podczas gdy rodzic czyta fragment bajki, nic ich nie rozprasza, mogą puścić wodze fantazji i ożywiać w głowach statyczne obrazy. Po przeczytaniu fragmentu opowieści dzieci samodzielnie przekładają kolejne karty w Małym Teatrzyku, odkrywając ilustrowany ciąg dalszy zdarzeń – z tym też mają dużo frajdy.


Nabywców Małego Teatrzyku zachęcamy zawsze do jeszcze bardziej kreatywnej zabawy i samodzielnego tworzenia bajek, ilustrowania wierszyków, dorabiania dalszych ciągów historii. Jest to niezwykle proste, bo wystarczą kartki formatu A5 i kredki by stworzyć wspólnie własny ilustrowany spektakl, wrzucić go później do tekturowego teatrzyku i spędzić czas miło i twórczo.

Opowiedzcie trochę o losach projektu „Jaś i Małgosia”. Wiem, że wiązały się one z kampanią crowdfundingową – jak przebiegała? Co było najciekawsze, jakie były trudności?

Ania: Pomysł na Mały Teatrzyk dojrzewał w nas kilka miesięcy. Jako pierwszą postanowiliśmy wydać w nim bajkę „Jaś i Małgosia”, która jest naszym najbardziej dopracowanym całościowo projektem spektaklu kamishibai, Ilustracje te zdążyły też zostać docenione na konkursie w Katowicach (Książka dobrze zaprojektowana – zacznijmy od dzieci 2016 / zajęły III miejsce) – wiedzieliśmy zatem, że oddamy w ręce dzieci i rodziców coś na prawdę wartościowego. Powstało kilka makiet, prototypów pudełka aż w końcu udało nam się znaleźć najlepsze i najprostsze rozwiązanie, zdecydowaliśmy jaki będzie format i w zasadzie byliśmy gotowi by ruszyć z z produkcją, tyle że brakowało nam do tego zaplecza finansowego. Teraz myślę, że to bardzo dobrze, że nie mieliśmy kasy! :) Kampania crowdfundingowa poza możliwością sfinansowania naszego pomysłu dała nam wiele wartościowych kontaktów, otworzyła nowe drogi, opcje współpracy. Udało nam się np dzięki zbiórce uzyskać patronaty medialne na wydanie „Jasia i Małgosi” od instytucji takich jak „Fundacja ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom”, „Qulturka.pl”, „Lupus Libri”.

Zbiórka na portalu „wspieram.to” trwała 30 dni i był to czas baaardzo intensywny. Brakuje mi teraz takiej mobilizacji do działania, którą mieliśmy wtedy wiedząc jak niewiele jest czasu by dotrzeć z naszym pomysłem do jak największej ilości osób. Końcówka zbiórki była bardzo emocjonująca, bo dopiero ostatnie 3 dni przeważyły o jej powodzeniu. Taka zbiórka to niesamowite przeżycie – polecam tą drogę wszystkim, którzy marzą o realizacji swoich pomysłów! Zbudowani tym powodzeniem mamy zaplanowane już kolejne wydawnicze premiery, które ujrzą światło dzienne jeszcze w tym roku. Będę o tym informować na naszej stronie internetowej i facebooku.


 

 

By dowiedzieć się więcej o wybranym teatrze kamishibai, kliknij w logo.

A jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o historii teatru kamishibai, powędruj na stronę Małego Teatru Ilustracji, a dokładniej – tutaj.

 

 

 


Zdjęcia pochodzą z archiwów Bajeczek ze Skrzyneczki, Małego Teatru Ilustracji  (fot. Rami Shaya, Laboratorium EE) i Stowarzyszenia Zielona Grupa. Udostępnione dzięki uprzejmości rozmówców.

Related Posts

Leave a comment